13 gru 2010

Rowerem do Naszej Pani z Guadalupe.

Od szesnastu lat zwyczajem parafii i sanktuarium z Tenango del Aire jest pielgrzymowanie
Jednośladem zwanym potocznie – rowerem do serca narodu meksykańskiego Morenity z
Guadalupe. Pielgrzymka organizowana jest zawsze w drugą niedzielę adwentu, jej organizatorami są pracownicy bicitaxi. Bicitaxi to taka powszechnie stosowana forma transportu w dzielnicach, czyli rower z przyczepioną do niego rykszą o napędzie w pełni ekologicznym, czyli jednego człowieka i jego dwóch nóg.



W tym roku wprowadzono nowy element do składu pielgrzymkowego. Jest nim pielgrzymująca z Tenango do Bazyliki w Guadalupe figura Jezusa Miłosiernego, która na co dzień znajduje się u wejścia do sanktuarium. Dzięki temu miałem temu miałem zaszczyt stać się na ten jeden dzień szoferem pana Jezusa.
Dzień wcześniej figurę zainstalowaliśmy na naszej kabionecie – Fordzie pickupie, zabezpieczyliśmy linami tak, aby Jesus mógł w drodze do Matki przewodzić całej rowerowej kolumnie pielgrzymów.


Niedziela, godz. 6.00 rano, zimno ok 2-3 stopnie,
jak na te warunki to też mamy zimę, choć w dzień jest słonecznie, a czasem upalnie, sucho i oczywiście bez śniegu.. No, ale zimno. Przed kościołem ustawia się spora liczba pątników ok. 150-200 rowerów nie licząc całego zaplecza samochodów i służb porządkowych.


6.20 Rano ks. Bartek błogosławi zziębnięty tłum i na rowery. Ks. Bartek, tak jak zeszłego roku również w tym będzie pielgrzymował na rowerze a ja wskakuję za kierownicę limuzyny Syna Bożego. W drogę, już zacząć pora. Do pokonania mamy prawie 60km w jedną stronę i tyle samo z powrotem. Na czele ustawiam się ja, a tuż przede mną patrol policji, który, towarzyszyć nam będzie jak anioł stróż – bardzo przydatny w kotle
ruchu drogowego stolicy i meksykańskich chóferes – kierowców. Za figurą Miłosiernego
ryksza z zainstalowanym obrazem Matki Bożej z Guadalupe, za Matką rowerzyści, a wśród nich ks. Bartolome na super lekkiej kolażówce.

08.20 rano. Po dwóch godz. docieramy do Chalco gdzie mamy postój. Nadal zimno,
ale zza wulkanów wyłania się słońce. Pierwsze jego promienie rozgrzewają zziębniętych
pielgrzymów i wlewają otuchę w serca a szczególnie w nogi. Pierwsze uszkodzone rowery lądują na półciężarówkach a ich załamani kolaże teraz będą z samochodów przyglądać się swym jeszcze przed chwilą towarzyszom.


10.00 docieramy do autostrady, słońce zaczyna swój koncert, temperatura szybko wzrasta. Aby wjechać rowerem na autostradę trzeba uiścić opłatę 15 pesos. Z tego powodu wszyscy cykliści z meksykańską fantazją omijają bramki na autostradzie i dostają się do niej od zaplecza. OK. Wszyscy w komplecie a więc jazda.
Teraz w pełnym tego słowa znaczeniu zaczyna się jazda. Po pierwsze jesteśmy na autostradzie, na której jest duży ruch, po drugie za godzinkę wjedziemy do stolicy a tam już będzie się działo.


11.15 docieramy do stolicy i organizujemy kolejny postój. Jesteśmy w okolicy lotniska, nad
głowami przelatuja nam samoloty zbliżające się do lądowania, szum i hałas stolicy jest wszechobecny. Jest już dosyć ciepło, więc wśród rowerzystów krótki rękaw wchodzi w modę. Jeszcze ok. 30min. i osiągniemy upragniony cel. Jak narazie poza kilkoma ostrymi spięciami z kierowcami próbujących ominąć nas samochodów, jest dobrze.


Pomimo starań służb porządkowych dochodzi do wypadku!!! Jesteśmy
jakieś 20 minut od bazyliki. POSTÓJ! Co sie dziej?. Udaję sie na tył postrzępionej kolumny
rowerów i dowiaduję się, że któryś z kierowców nie wytrzymał i próbował przerwać kolumnę potrącając przy tym chłopaka. Wyglądało to groźnie, ale na szczęście skończyło się na
odwiezieniu do szpitala i złamanej nodze. Ruszamy dalej.

GUADALUPE - Syn przybywa do Matki,
tak jak to robią, co rocznie miliony pielgrzymów z Mexico i
świata, jest godz. 11.50. O godz. 12.00 rozpoczyna sie msza, więc 10 min. Aby zdjąć figurę
Jezusa i ustawić ją w prezbiterium, na co otrzymaliśmy zgodę Kustosza Bazyliki. Ja z ks. Bartkiem
przeciskamy się przez szczelny tłum, aby dostać sie do zakrystii. Udało się,
jesteśmy już w prezbiterium, figura Jezusa Miłosiernego też, blisko Obrazu Matki. Niestety nie mam zdjęć ze mszy, bo nie wypadało mi bawić sie w fotografa w czasie mszy.
Ale świadectwo składam, widziałem Maryję z Jesusem.

Mszy św. Przewodniczył Kustosz Bazyliki w Guadalupe Mons. Diego Monroy, a
koncelebrował Ks. Bartolome Pałys SAC.

Po mszy nie mogłem odnaleźć aparatu, aby zrobić zdjęcia, bo schowała go mi ochrona, i za nim mi go zwrócili Jezus na ramionach czcicieli opuszczał już Bazylikę.


14.00 sielanka, wszyscy udali się na posiłek. Odpoczywamy. Ja udaję się na plac przed Świątynią, aby popatrzeć na tańce indiańskie ku chwale Matki Bożej i pstryknąć kilka zdjęć.
Przeurocze są te tańce i ten tłum pielgrzymów, mrowie ludzi. W Guadalupe mam poczucie takiej dziecięcej normalności. Siadasz gdzie chcesz, tańczysz jeśli masz ochotę, jesz, śmiejesz się, płaczesz i w cale nie czujesz sie, że ktoś na ciebie patrzy z góry,” bo nie przystoi”. Ja wiec pytam a co przystoi? Jeśli nie to, że mamy stać się jak dzieci, przed obliczem Miłości Miłosiernej i Jego i naszej Matki?


Żar leje się z nieba, ale wracać trzeba. Przezorni i doświadczeni pielgrzymi już szykują ciepłe
ubranie. Jak tylko się ściemni temperatura spadać będzie na łeb i szyję, no i zmrok i ciemności utrudnią nam płynny i bezpieczny powrót. Proszę wziąć pod uwagę, że ze wszystkich rowerów
biorących udział w pielgrzymce tylko ok. 3-5% rowerzystów posiada światła. Ale komu w drogę...,
temu rower.


16.00 ruszamy do domu.
Bogu dzięki wszystko idzie dobrze tylko ja sie strasznie nudzę za
kierownicą. Jazda z szybkoscią od 0 do 25 km nie jest taka prosta. Tak jadąc postanowiłem sobie, że jeśli tylko zdrowie mi pozwoli to w przyszłym roku siadam na
rower.


W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się tylko raz na postój nie licząc kilku zatrzymań z uwagi na upadki, a było ich trochę. Nie ma się co dziwić, kiedy sie jedzie w nocy bez świateł. Na tym jednym
jedynym dłuższym postoju organizatorzy przygotowali jedzenie na ciepło i rozgrzewające ponche
i atole.


Ok. 19.10 wyruszyliśmy w ostatni etap. Wszyscy już odczuwali w nogach ten setny kilometr, a
brakowało nam jeszcze ok. 20. Przed Tenango, w miasteczku o bok już czekali na nas chłopaki
z dużą ilością sztucznych ogni i od tego momentu towarzyszył nam huk petard zapowiadających
mieszkańcom naszego pueblo, że sie zbliżamy.


Na samym wjeździe w granice miasteczka przyłączyły się kolejne wozy policji i na sygnale w
asyście Mariachis i ich muzyki i śpiewu już bardzo, ale to bardzo wolno wjechaliśmy do Tenango
del Aire. Po obu stronach drogi oczekiwały nas tłumy, jak podczas Wyścigu Pokoju albo Tur de
France. Odpalono kilogramy sztucznych ogni, a kiedy Jezus Miłosierny na swej kabionecie i Matka
de Guadalupe przejeżdżali przez te tłumy słyszało się tylko owacje na ich cześć oraz dzielnych i
zmęczonych pielgrzymów.

Tak to dotarliśmy z Bożą pomocą do naszych domów, rodzin i wspólnot z bagażem modlitwy i łask bożych dla całego Tenango, parafii i sanktuarium.

Po przywitaniu pielgrzymów przez naszego proboszcza ks. Grześka razem udaliśmy się na ciepły poczęstunek na ulicy.

Relacja Hno. Miguel Szczygioł SAC

4 komentarze:

  1. czesc Michal, gratuluje powrotu do pisania i do blogu. juz myslalem ze calkiem z tej formy zrezygnowales. zmienial sie moj email, obecny to karbowysac@gmail.com tak dalej trzymaj

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale tam się u was dzieje, ąż jestem ciekawa co następnym razem będzie ;-)
    Pozdrawiam i czekam na nowe wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na początku serdeczne pozdrowienia z Sanoka.
    Dzięki księdza Michała "reportażowi" byłam tam raz jeszcze/pierwszy raz w lutym tego roku/.
    Czytam to wszystko z dużym zainteresowaniem. Jednocześnie chciałam zapytać czy ksiądz Pałys to syn ziemi sanockiej. Jeżeli to możliwe proszę o informację na adrees Marianna_p@tlen.pl
    Pozdrawiam - Marianna

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tego co mi wiadomo zakonnik z Sanoka nie jest pallotynem lecz dominikaninem. Choć akurat nazwiska są te same. Poniżej znalazłem jego blog:
    http://dominikanie.pl/blogi/krzysztof_palys_op_opowiesci_z_betonowego_lasu/

    OdpowiedzUsuń