16 lut 2009

Popo i Iztla PL


Wulkanów w Meksyku nie brak. Sam mogę o tym zaświadczyć, bo miasteczko i nasza parafia znajduje się w sąsiedztwie dwóch dużych wulkanów. Jeden z nich to wulkan wygasły Iztaccihuatl 5230m n.p.m, -a przynajmniej tak się uznaje, drugi zaś bez dwóch zdań jest wulkanem czynnym, Popocatepetl 5452m n.p.m.
A wiec to sąsiedztwo tak wspaniałych cudów natury, stanowi dla mnie i moich współbraci źródło ambicji alpinistycznych. Ja także dałem się ponieść pasji zdobywania i wybrałem się ze współbratem i młodzieżą na Iztaccihuatl 5230m n.p.m, co jak się później okazało było dla mnie największym wyzwaniem, jeśli chodzi o wspinaczkę i walkę z lekiem wysokości.
Niestety największym rywalem w zmaganiach z wulkanem nie była kondycja, ale lek wysokości, który był moim nie odłącznym kompanem. Każdy zna zasadę walki z lekiem wysokości, czyli: Wchodząc do góry nie patrz na dół. Tylko jak schodząc z góry nie patrzeć w dół? No może ktoś da mi w tej kwestii dobrą wskazówkę. Jedną z cała pewnością znam: Nie pchać się następnym razem tak wysoko!




Sama wspinaczka to naprawdę ciężka sprawa, do trudu kondycyjnego dochodzi problem z oddychaniem. Robi się 10-20metrów i łapie się powietrze jakby ryba wyjęta z wody. Z początku wprowadzało mnie to w stan zdenerwowania, a momentami paniki. Sztuka w tym, aby powoli przyzwyczaić psychikę do tego problemu z tlenem i w ten sposób zaczyna się powoli kontrolować oddech. Jest to bardzo dziwne uczucie.


Satysfakcja jest nieopisana ze zdobycia szczytu powyżej 5 tysięcy metrów. Również cisza wszech ogarniająca wszystko do dokoła jest czymś cudownym. Cały hałas i zgiełk życia zostawia się za sobą. Wspaniała sprawa, oczywiście wtedy, kiedy na to pogoda pozwoli, bo inaczej to hula wiatr i szaleją burze. Ja miałem to szczęście wspinać się w bardzo dobrych warunkach pogodowych. Ok. 16godz trwała ta przygoda.
Moment, w którym uświadamia sobie człowiek ze już pora na powrót, to taka chwila że zapomina się o całym zmęczeniu związanym ze wchodzeniem i nabiera się wiatru w żagle. Jednak jest to tylko chwilowy przypływ entuzjazmu. Jak każdy wie schodzenie jest o 65 do 80% trudniejsze i wymaga podwójnego nakładu sił i zwiększonej koncentracji. Co wcale nie jest takie łatwe kiedy ciało odczuwa zmęczenie i jak to było w moim przypadki lęk wysokości. Lęk do tego stopnia ze momentami łapały mnie skurcze w udach i łydkach.

No, ale z ostrożnością i modlitwą w sercu szczęśliwie dotarłem do podnóża gdzie czekał na mnie i ekipę nasz samochód. Co prawda nie tak łatwo i szybko odnaleźliśmy miejsce gdzie zostawiliśmy samochód. Jak dotarliśmy na dół to panowała już noc i pomyliliśmy miejsca. Ale po prawie godzinnym dreptaniu po okolicy zlokalizowaliśmy nasz samochód i już bez żadnych przygód dotarliśmy do domów.

Jest czymś wspaniałym tego typu przygoda ze wspinaczką. To swego rodzaju sposób na wypoczynek, wypoczynek zarazem duży łyk piękna otaczającego nas świata.
Po tej pierwszej mej przygodzie z wulkanami, jak na razie nabrałem wielkiego szacunku do potęgi przyrody i doświadczenia, że góry to nie zabawa. Ostatecznie stwierdziłem, że na razie muszę popracować nad moim lekiem wysokości, bo to on był dla mnie największym wyzwaniem. No, ale było pięknie.

2 komentarze:

  1. Robert Nurczyk26 lut 2009 10:43:00

    Michał! Szacuneczek i gratulacje! Oj ile bym dał za wspólny wypad na ... np, na wulkan :)
    Robert Nurczyk
    Ps. I ta flaga Rudy Śląskiej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę,że chętnych jest o wiele więcej ;)

    OdpowiedzUsuń